Top Gear 23x04 - róbcie testy, a nie wyzwania. Proszę...

Top Gear 23×04 – róbcie testy, a nie wyzwania. Proszę…

Kolejny, czwarty już odcinek nowej serii Top Gear za nami. Im dłużej oglądam ten program pod wodzą Chrisa Evansa tym mam coraz klarowniejszy obraz tego, jak nowy TG powinien wyglądać.

S22E04 zaczął się bardzo obiecująco, ponieważ na wstępie Chris Harris przetestował na torze w Abu-Dhabi naprawdę wyjątkowy samochód – Aston Martin Vulcan. Baza do stworzenia wysokiej jakości materiału była zatem bardzo solidna, a Harris wycisnął z tego wszystko co się dało. Test był dynamiczny, jak zawsze świetnie nakręcony, zmontowany i co najważniejsze ciekawy. Pierwsze 7 minut zleciało zatem bardzo szybko.

Aston Martin Vulcan

Później, muszę przyznać, że w Top Gear pojawił się ciekawy dodatek, którego w poprzednich sezonach brakowało, czyli oddzielna tablica czasów („Naughty Laps”) dla samochodów niemogących jeździć po drogach publicznych. W starym TG Clarkson zawsze podawał te czasy, a później zdejmował je z listy. Teraz będą one lądowały w oddzielnej sekcji i to naprawdę pozytywny szczególik.

A później pojawił się „challenge”

Pojedynki samochód kontra inny środek transportu stały się wręcz wizytówką serii. Sądzę, że pierwszy tego typu materiał, stworzony w 2004 roku (Aston Martin DB9 kontra pociąg do Monte Carlo) był punktem, w którym Top Gear odnalazł swoją, prowadzącą prosto do niesamowitej popularności w kolejnych latach, drogę.

Top Gear S23E04 - wyścig

Niestety nie każdy, jak to mówią eksperci piłkarscy, „materiał ludzki” jest w stanie wpasować się w formułę wyzwań ze starego Top Gear tak, aby całość zadziałała. I taka sytuacja miała miejsce w 4 odcinku 23 sezonu (znowu, bo w pierwszym epizodzie też było w tej kwestii słabo).

Zacznę od największego, ogólnego zarzutu do wyzwania z S23E04, czyli wyścigu pociąg kontra samochód. Mimo zapewnień, to nie był żaden wyścig. Ani przez chwilę nie zostało zbudowane napięcie, które skłoniłoby widza do zastanowienia się kto wygra. W starym Top Gear Clarkson spał na stacji benzynowej, by tylko stracić jak najmniej czasu. Tutaj prowadzący wzięli do samochodów kucharzy, którzy gotowali w nich potrawy. Następnie oceniło je jury, a wszyscy spędzili noc w hotelu i rano ruszyli w trasę. Abstrahując już od tego, że ten mini-challenge był bezdennie głupi (wsadzony „bo coś musi być”), zburzył on całą dramaturgię.

Top Gear - gotowanie w S22E04

Do tego podział ról był również fatalny. Eddie Jordan w pociągu zdawał się być osobą, która w ogóle nie jest zainteresowana tym, by wygrać. Hammond i May zawsze śledzili trasę, kalkulowali jak pokonać Jeremy’ego. Eddie głównie jadł i śpiewał. Umieszczenie trójki prowadzących w trzech różnych autach też sprawiało wrażenie, że jadą sobie na wycieczkę, a nie odpowiadają na pytanie czy samochód jest lepszy niż pociąg. Tradycyjny fotofinisz był tak sztuczny, że aż zrobiło mi się przykro. Może gdyby Sabine wcześniej wstała po nocy w luksusowym hotelu i nie została na śniadanie, to by wygrała wyścig? Ech…

Klasyczny program motoryzacyjny

W 4 odcinku pojawił się również Rory Reid, który w bardzo fajny sposób zaprezentował Teslę Model X. Podobnie jak u Harrisa było solidnie pod względem merytorycznym, ładnie, wciągająco. Trochę w stylu James’a Maya. I to ostatecznie ukształtowało w mojej głowie obraz nowego Top Gear, którego naprawdę będzie się miło oglądać.

Tesla Model X

Minimalizacja ilości materiałów w stylu starego Top Gear, gdzie minimum 3 prowadzących dostaje jakieś zadanie lub chce coś udowodnić. Zostawienie tylko kilku, ale naprawdę przemyślanych, a niepowstających na zasadzie „zrobimy tak, jak robili to kiedyś, a ponieważ to TG, to widzowie to kupią”. Nie kupią. Zwiększenie liczby klasycznych testów, bo tam świetna jakość techniczna filmów będzie maskowała pewne niedoskonałości u prowadzących. No i uczynienie Chrisa Harrisa i Rory’ego Reida centralnymi postaciami programu, bo po prostu najlepiej się w swojej roli sprawdzają.

Wtedy będzie naprawdę fajnie.