Samochody elektryczne - czas ładowania, a nie zasięg to ich największy problem

Samochody elektryczne – czas ładowania, a nie zasięg to ich największy problem

Kolejne generacja samochodów elektrycznych są coraz bardziej dopracowane. Zdecydowanie bardziej przypominają one pod względem funkcjonalności zwykłe, spalinowe auta, jednocześnie wciąż ciężko jest myśleć w kategoriach „kupię elektryka jako jedyny samochód w rodzinie”. Wiele osób twierdzi, że winowajcą takiego stanu rzeczy jest ich zasięg. Tymczasem jest zupełnie inaczej.

Samochody marki Tesla to awangarda technologiczna jeśli chodzi o rozwój alternatywnych źródeł energii napędzających auta osobowe. Np. Model S pozwala przejechać bez ładowania niemal 500 kilometrów, co jest bardzo dobrym wynikiem. Nieporównywalnie wręcz lepszym od tego, co osiąga popularna konkurencja, której rezultaty kształtują się w granicach 100-200 kilometrów od ładowania do ładowania.

Tesla Model S - samochód elektryczy

Czy zatem, biorąc pod uwagę dobry zasięg, porównywalny ze średniej wielkości samochodami z silnikami benzynowymi, które nie mają ogromnych baków na paliwo, gdybym miał do wyboru elektryczną Teslę Model S lub porównywalny jakościowo i szybkościowo samochód z silnikiem spalinowym, zdecydowałbym się na „elektryka”? Nie.

Czas ładowania samochodów elektrycznych

Ponieważ moim zdaniem to wcale nie ilość kilometrów, którą można przejechać na jednym ładowaniu jest największą bolączką samochodów tego typu. Głównym kłopotem jest czas potrzebny do pełnego naładowania akumulatorów.

Elektryczne Volvo

Rozważmy przykład auta, którego zasięg wynosiłby średnią arytmetyczną Tesli i konkurencyjnego „elektryka”, na przykład Nissana Leaf, czyli około 250-300 kilometrów. Jest to dystans, który rzadko pokonuje się w ciągu dnia. Każdemu zdarzają się dłuższe podróże, ale przemieszczając się po mieście lub w jego okolicach dystans 100-200 km gwarantuje już naprawdę kilka godzin za kierownicą. Wydaje się zatem, że może nie jako pierwszy, ale jako drugi, „zapasowy” pojazd model z napędem elektrycznym będzie jak znalazł.

Tutaj ujawnia się główna bolączka samochodów napędzanych wyłącznie energią z akumulatorów. Jeśli czasami przyjdzie nam pojechać gdzieś dalej, to w przypadku silnika benzynowego lub diesla mamy świadomość, że nawet jeśli nasz obecny zasięg wynosi 300 km bo mamy zalaną połowę zbiornika, to w czasie krótszym niż 5 minut możemy zwiększyć go na stacji benzynowej o dodatkowe kilkaset kilometrów.

BMW i3 - ładowanie ze stacji RWE

W przypadku samochodów elektrycznych, gdy podczas jazdy zacznie brakować nam energii, oznacza to konieczność szukania raczej hotelu, a nie stacji ładowania. Wszystko przez to, że napełnienie akumulatorów do 100% trwa kilka godzin i są to czasy bliższe ich liczbie wynoszącej 10 niż 1. To jest realny problem, ponieważ w sytuacjach kryzysowych zazwyczaj czasu mamy mało.

Dlatego zdecydowanie w finalnym rozrachunku wolałbym, aby samochody elektryczne miały zasięg np. 200 kilometrów, ale ładowane były do pełna w czasie porównywalnym do tankowania 50 litrów benzyny np. na matach umieszczonych na stacjach benzynowych wspierających ładowanie indukcyjne. Wtedy niewielki zasięg nie byłby problemem.

Toyota Mirai - samochód na wodór

Przyszłość aut elektrycznych

Niestety skutecznego rozwiązania tego problemu nie widać na horyzoncie. Czasami w wiadomościach pojawi się wiadomość o rewolucyjnym sposobie ładowania, który pozwala napełnić akumulatory we wspominanym przeze mnie czasie kilku minut. Finalnie jednak wszystkie te „rewolucje” ograniczają się do ciekawostek w mediach, a nasze smartfony wciąż nie mogą wytrzymać dłużej niż 2 dni, a samochody ładuje się w czasie liczonym w godzinach, a nie minutach.

Dlatego uważam, że przyszłość bardziej może opierać się o technologie paliw alternatywnych, np. wodoru, a nie energii magazynowanej w akumulatorach i ładowanej „z gniazdka”. Chyba że naprawdę któraś z ogłaszanych w mediach rewolucji naprawdę trafi do produktów konsumenckich.